piątek, 31 stycznia 2014

W oparach absurdu - Runda dla Prezydenta Miasta Stalowa Wola (1:1)

Czasem urzędnicze pisma i orzeczenia sądów/kolegów są tak absurdalne i niedorzeczne, że trudno uwierzyć iż ktoś w ogóle zechciał się pod nimi podpisać. Tak się stało w drugiej rundzie potyczki pomiędzy Prezydentem miasta Stalowa Wola, a mną w kwestii dostępu do rejestru umów, którą zarysowałem w poście Niepokorny Prezydent miasta Stalowa Wola. Po wysłaniu pisma oczekiwałem na ruch ze strony Prezydenta Miasta. Gdy w drugim tygodniu stycznia nadal nic nie było postanowiłem podpytać czy w ogóle Pan Prezydent przekazał moją sprawę do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Zadzwoniłem, ale Pani przekazała, że jest tylko jedna sprawa, ta poprzednia w której zarzucałem Prezydentowi bezczynność. Nowej ni widu ni słychu. Okres świąteczny już się skończył więc wydawało mi się to dziwne, może gdzieś się korespondencja zawieruszyła. Próba zasięgnięcia języka w UM - Pani Sekretarz Gabriela Grzesiowska twierdzi, że pismo do mnie wyszło. Jeszcze dzień oczekiwania kontakty to z SKO to z Panią Gabrielą, ale nadal brak informacji co się stało z przesyłką tak do mnie jak i do Kolegium. Pani Gabriela była tak miła, że nawet podesłała dowód nadania z numerem przesyłki. Dzięki temu numerowi dowiedziałem się, że... została ona odesłana do nadawcy bo nie została podjęta w terminie. Jakimś cudem nie otrzymałem lub zawieruszyło mi się awizo - może się zdarzyć, ale co się stało z SKO? Po kolejnym telefonie dowiedziałem się, że sprawa się znalazła - została włożona do starej teczki. Przyznam szczerze, że na początku przypuszczałem, że prezydent po prostu nie wysłał... a tu taki zbieg okoliczności. No nic, skoro kopia danych jest w SKO, to nic nie stoi na przeszkodzie bym sobie podjechał i cyknął fotki, lub jak kto woli "zrobił fotokopie akt". W kolejnej rozmowie telefonicznej zakomunikowałem swoje przybycie, Pani z sekretariatu powiedziała mi, że dokumenty mogą być już "u sprawozdawcy". Wiedząc, że mam niewiele czasu by zapoznać się z aktami i w razie czego spłodzić jakąś odpowiedź na stanowisku Prezydenta miasta wsiadłem szybko w samochód i pojechałem. To nie daleko, niecały kilometr więc po chwili byłem już na miejscu. Wchodzę do budynku wdrapuję się schodami. Okazuje się, że SKO jest na samej górze za szklanymi drzwiami z domofonem. Wcisnąłem przycisk, odzywa się żeński głos:
- Słucham?
- Ja przyszedłem po wgląd do akt (wiem, mogłem się wyrazić bardziej po polsku).
- Proszę czekać.
Czekam... minutę, dwie, trzy... widzę jak tam ktoś za tymi szklanymi drzwiami chodzi i nic. Patrzę na klawiaturę numeryczną która jak mniemam również służy do otwierania drzwi kodem. Widzę wytarte przyciski "1", "3", "9" i "#". Hmmm czyżby kod był "139" i zatwierdzało się przyciskiem "#". No nic i tak się nudzę... próba. Dźwięk wciskanych przycisków był na tyle głośny, że z pierwszego pokoju wyszła młoda dziewczyna i zapytała:
- O co chodzi?
- Ja chciałbym zaglądnąć do akt mojej sprawy.
- To trzeba było dzwonić.
- Dzwoniłem.
- Ale jak?
- Tutaj, domofonem.
- O tutaj Pan naciskał? (zapytała z niedowierzaniem wskazując przycisk)
- Tak, tutaj.
- I co?
- No i odezwała się jakaś Pani, powiedziałem po co przyszedłem, powiedziała chwileczkę i czekam już chwilę.
- Aha... - wzruszyła ramionami i zaprosiła mnie do środka.
Poszedłem długim korytarzem na końcu którego znajdował się sekretariat i jak mniemam Pani, która zdaje się o mnie zapomniała. Zabrała teczkę ze swojego biurka i zaprowadziła mnie do pierwszego pokoju przy samych drzwiach wejściowych. Tego samego w którym rezydowała owa młoda dziewczyna. Po krótkiej, acz zabawnej (piszę to bez przekąsu) wymianie zdań zasiadłem do akt. Teczka była mocno świeża i znajdowały się w niej tylko dokumenty z tej sprawy. Więc pewnie gdybym nie zadzwonił, to sprawa by ugrzęzła w nieodpowiedniej teczce. Tak czy siak porobiłem fotki, wpisałem się do zeszytu (byłem pierwszy w tym roku), pożegnałem się z "Panią Bożenką" i wyszedłem z kopią dokumentów w telefonie z którymi chciałem się na spokojnie zapoznać. Gdy zamykałem szklane drzwi do pokoju wchodziła jakaś niska, szczupła kobieta w długich, ciemnych włosach. Mógłbym przysiąc, że pytała ową "Bożenkę", "Czy to był Pan [i tu moje nazwisko]?" po czym drzwi się zatrzasnęły. Wyszedłem. Gdy schodziłem na dół piętro niżej uwagę moją przykuł obraz wiszący na ścianie. Był on taki sam jaki wisiał w latach 80-tych i na początku 90-tych na ścianie w salonie moich rodziców. Ten budynek, podejście do człowieka czekającego przed drzwiami, rozmowy telefoniczne, poprzednie orzeczenia SKO, wszystko lekko zalatywało słusznie minioną epoką. Jednak ten obraz uświadomił mi, że ta epoka, ten PRL pomimo młodego składu się stamtąd nigdy nie wyprowadził. On tam nadal był. Tak w tym budynku jak i w głowach przynajmniej części ludzi tam pracujących. By upamiętnić swoją wizytę, wiedząc, ze już nigdy mogę takiego obrazka nie zobaczyć strzeliłem tą oto sentymentalną fotkę.
Schodząc dalej po schodach, idąc do samochodu i później wracając nim zrobiłem małe podsumowanie tego co zaobserwowałem.
- Akta sprawy zostały błędnie umieszczone - Przypadek czy ktoś nie chciał by sprawa się szybko potoczyła?
- Sekretarka nie wpuściła mnie od razu - Czyżby akurat zakładała nową teczkę?
- Szczupła kobieta weszła do pokoju zaraz po tym jak ja wyszedłem i chyba pytała o mnie - Czekała za rogiem aż to zrobię? Zrobiła to tak szybko by zobaczyć jak wygląda ten Pan ......? Czy to był ten osławiony "sprawozdawca" o którym wspominała sekretarka? Czy może to była Pani Katarzyna Jezuit co do której mam podejrzenia że blokuje mi drogę do analogicznego rejestru w Kolbuszowej?
Nie wiem, ale moje przeczucie sugeruje, że odpowiedź przynajmniej na część pytań może być Twierdząca. Wróciłem i zacząłem na spokojnie zapoznawać się z tym co skopiowałem. Spodziewałem się, że Prezydent odpuści, ale on nadal idzie w zaparte. Pismo przedstawia się tak jak poniżej.

W piśmie zaznaczyłem co ciekawsze fragmenty. Generalnie już na pierwszej stronie widać, że prezydent nie ma sobie nic do zarzucenia i trwa przy swoim. Druga strona jest ciekawsza, bo dowiadujemy się z niej, że rejestr o który wnioskuję "nie stanowi rejestru wszystkich umów"... ale ja chyba w każdym jednym piśmie zaznaczałem, o jaki rejestr mi chodzi i że w cale nie chodzi mi o rejestr wszystkich umów, tylko o ten jeden konkretny. Ponad to Pan Prezydent twierdzi, że nie ma możliwości udostępnienia rejestru w formie zgodnej z wnioskiem. Czyli co? Jednak nie mają żadnego urządzenia zdolnego do zdigitalizowania tego rejestru? Poniekąd zabawne wyjaśnienie tego stanowiska znajduje zaczyna się pod koniec tej strony z kulminacją na trzeciej. Okazuje się, że autentycznie digitalizacja (czyli po prostu zeskanowanie lub sfotografowanie) przerasta możliwości tak dużego urzędu, a że nie chcę się pofatygować to trzeba to postępowanie umorzyć. Dlaczego nie jest możliwe wysłanie mi tego rejestru w formie elektronicznej? Otóż dlatego, że "przekształcenie tych rejestrów formę cyfrową wiąże się z czasem i zaangażowaniem określonych osób". Idąc tokiem rozumowania prezydenta urząd w zasadzie powinien zostać sparaliżowany gdyż każda jego czynność wiąże się z czasem i zaangażowaniem określonych osób. I dzieje się to bez względu czy urząd realizuje zadania stawiane w ramach rozporządzenia, ustawy, własnego widzimisię czy Konstytucji RP jak jest w tym wypadku. Między innymi to miałem na myśli na wstępie pisząc o absurdalności urzędniczych pism. Moją uwagę przykuł też jeszcze jeden fakt. W załączniku do niniejszego pisma było kilka stron rejestru o który wnioskowałem. Yyy... jupi(?). Generalnie nie wiele da się z tego rejestru wyczytać ponieważ pomimo faktu, że mamy XXI wiek jest on prowadzony długopisem. W dodatku tak paskudnym charakterem pisma, że po skserowaniu tego w zasadzie nie da się odczytać, a ponad to brakuje mi w nim kluczowej dla mnie informacji - czyli skutku finansowego umowy. Strony dołączone do akt sprawy załączam poniżej.
By nie pozostać dłużnym bardzo chciałem też wyrazić swoje stanowisko ale nie byłem pewien czy zdążę przed orzeczeniem, a nawet jak zdążę przed to czy trafi ono do sprawozdawcy i składu orzekającego. Próba nie strzebla i spłodziłem bardzo szybko takie pismo jak niżej.
Odpowiadając na pismo Gminy Stlaowa Wola z dnia 23 grudnia 2013 roku które stanowi odpowiedź na zażalenie na decyzję o umorzeniu postępowania w sprawie dostępu do informacji publicznej które skierowałem do Samorządowego Kolegium Odwoławczego dnia 17 grudnia 2013 roku za pośrednictwem Prezydenta Miasta Stalowa Wola stwierdzam co następuje.
  1. Podtrzymuję swoje twierdzenie, że umorzenie postępowania było bezasadne. Jak Prezydent Miasta w swoim piśmie zauważa Gmina dysponuje urządzeniami pozwalającymi na przekształcenie informacji papierowej w cyfrową. Gmina jako jedyny powód odmowy digitalizacji danych podnosi iż „przekształcenie tych rejestrów wiąże się z czasem i zangażowaniem określintych osób”. W mojej ocenie i w świetle obowiązującego orzecznictwa udostępnienie informacji publicznej na wniosek jest jednym z obowiązków podmiotu i wyrazem jego działania. Ustawa w prawdzie przewiduje możliwość wezwania wnioskodawcy do wskazania ważnego interesu publicznego jeżeli udostępnienie informacji wiązałoby się z jej przetworzeniem. Jednak Gmina nie wezwała mnie do jego wskazania. Nie mniej jednak nawet gdyby to zrobiła, to w świetle obowiązujacego orzecznictwa informacją przetworzoną nie jest inne uszeregowanie posiadanych informacji, anonimizacja czy wykonywanie czynności technicznych związanych z udostępnieniem informacji, ale nowa jakość tkwiąca immanentnie w uzyskanej w wyniku przetworzenia nowej informacji. (T.R. Aleksandrowicz, Komentarz do ustawy o dostępie do informacji publicznej, str. 126-131, LexisNexis Warszawa 2006; wyrok WSA w Krakowie z dnia 30 stycznia 2009 r. sygn. akt II SA/Kr 1258/08 – LEX nr 478697, wyrok WSA w Warszawie z dnia 23 września 2009 r. sygn. Akt. II SA/Wa 978/09). Co za tym idzie wnioskowana informacja ma charakter prosty, a organ będąc zobowiązanym do udostępnienia informacji i będąc zobligowany do komunikacji za pomocą środków komunikacji elektronicznej jest również zobligowany do digitalizacji informacji jeżeli zachodzi taka potrzeba. Jednocześnie wykazałem że w przeszłości organ nie miał z tym problemów co sugeruje, że stwarzajac te problemy stara się on ukryć informacje dla siebie niewygodne.
  2. Podtrzymuję swoje stanowisko iż organ poraz drugi dopuścił się bezczynności. Ustawodawca w art. 39' i art 46 par 3 KPA wyraźnie wskazał iż jeżeli wnioskodawca występuje do organu administracji publicznej o doręczenie pism w formie elektronicznej, to doręczenia te następują za pomocą środków komunikacji elektronicznej w rozumieniu ustawy z dnia 18 lipca 2012 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Jednocześnie w wypadku braku skutecznego doręczenia tą drogą w terminie 7 dni od dnia wysłania pisma stwierdzonego po braku otrzymania potwierdzenia tego faktu organ w następnym kroku stara dokonać doręczenia w postaci tradycyjnej co jest opisane w art 46. Organ twierdzi, że wysłał pismo najpierw za pośrednictwem korespondencji tradycyjnej. Nawet jeżeli tak się stało to taka próba doręczenia stoi w sprzeczności z KPA, a co za tym idzie nie może być traktowana jako zgodna z prawem. Tak więc organ na skutek swojego błędu, niewiedzy lub celowego działania kolejny raz dopuścił się bezczynności nie wysyłając odpowiedzi w sposób który wskazuje KPA jako jedyny prawidłowy w takiej sytuacji. Doręczenie nastąpiło wadliwie co niweczy jego ewentualne skutki prawne. Doręczenie dokonywane w formie elektronicznej zastępuje doręczenie "tradycyjne". Organ jest związany w tym zakresie oświadczeniem które stanowiło integralną część wniosku i niedopuszczalne jest doręczenie dokumentu równocześnie w postaci papierowej lub zarówno papierowej, jak i elektronicznej. (II SA/Go 43/13 - Wyrok WSA w Gorzowie Wlkp.)
Mając na uwadze powyższe wnoszę jak we piśmie przewodnim.
Ponieważ byłem bardzo blisko SKO, to uznałem że szybciej będzie jak zaniosę pismo osobiście niż wyślę i będę czekał, aż Pani Sekretarka (lub co gorsza "informatyk") sprawdzi czy coś nie przyszło na ePUAP. Dlatego nie czekając dłużej wsiadłem w samochód, podjechałem, minąłem post-PRLowy obraz, zadzwoniłem domofonem, tym razem po tym jak się przedstawiłem Pani Sekretarka wpuściła mnie od razu i zaniosłem pismo. Pytałem jeszcze czy orzeczenie już zapadło, ale nie była w stanie mi powiedzieć. Jedyne co, to na pewno do niej żadne dokumenty nie dotarły. Dzisiaj wiem, że jest duża szansa, że nikt tego nie przeczytał ponieważ jakiś czas później otrzymałem postanowienie. Było ono datowane dokładnie na ten sam dzień. Mogę tylko domniemywać, ale moja pierwsza myśl była taka, że widać komuś bardzo zależało by sprawa, po okresie w którym nikt się nią nie zajmował, została możliwie szybko zamknięta. W oczy rzucił mi się wytłuszczony tekst "postanawia utrzymać w mocy zaskarżoną decyzję". Pierwsza myśl? Bombowo, pewnie orzekała Katarzyna Jezuit którą podejrzewam o blokowanie mi drogi w Kolbuszowej, która orzekała w poprzedniej sprawie i która być może chciała zobaczyć jak wyglądam wchodząc zaraz po mnie do pokoju. Przewracam na ostatnią stronę. I w składzie orzekającym widzę:
  • Katarzyna Jezuit - ta z Kolbuszowej
  • Adam Ciosmak - Ten sam który orzekał również ostatnio i który ostatnio nawet nie miał jeszcze wpisu na listę radców prawnych.
  • Danuta Wydra - Ta sama, która wymieniała się z innym radcą prawnym przetargami w Tarnobrzegu.
Zresztą tak jak pisałem we wpisie Niezawisłość Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Tarnobrzegu mam uzasadnione obiekcje co niezawisłości w zasadzie każdego składu orzekającego który może być skonstruowany z etatowych członków Kolegium w Tarnobrzegu. Przesłane mi postanowienie załączam poniżej. Tradycyjnie zaznaczyłem co ciekawsze jego fragmenty.
Po pierwsze tak jak wspominałem zapadło postanowienie o utrzymaniu decyzji w mocy. Po drugie kolegium uznało, że musiałem się pomylić pisząc "zażalenie" i rozpatrywało moje pismo jako "odwołanie". Z mojego punktu widzenia jest to dziwne ponieważ wiedziałem co chcę napisać, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wszak cytując Art. 2 ustawy o samorządowych kolegiach odwoławczych:
kolegia są organami właściwymi w szczególności do rozpatrywania odwołań od decyzji, zażaleń na postanowienia, żądań wznowienia postępowania lub do stwierdzania nieważności decyzji.
Pomijając ten mały zgrzyt początkowa część pisma jest nudna, bo przedstawia z grubsza to co już zostało ustalone. Ciekawiej zaczyna się dopiero po frazie "Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Tarnobrzegu rozpatrując sprawę zważyło co następuje". Dalej od razu mamy zgrzyt, gdyż kolegium napisało że do udostępnienia informacji są obowiązane podmioty wymienione w art. 4 ust. 1 u.d.i.p podczas gdy jest to katalog otwarty - ale to oczywiście tutaj nie ma najmniejszego znaczenia. Potem jest długi wywód o tym kiedy się umarza podparty nie związanym z nim wyrokiem NSA, a wisienka na torcie znajduje się w ostatnim zdaniu w którym czytamy (tak, muszę to jeszcze raz zacytować ;)):
Organ wskazał w pismach iż rejestr jest wewnętrznym rejestrem prowadzonym ręcznie co uzasadnia niemożliwość udostępnienia go w formie elektronicznej.
Czyżby ten rejestr był mitycznym dokumentem wewnętrznym niezdefiniowanym w żadnym przepisie? Do tego prowadzenie go ręcznie uniemożliwia zrobienie fotokopii i wysłanie w formie elektronicznej. Sytuacja jest tym bardziej absurdalna, że można zdigitalizować dokument z odręcznym podpisem Prezydenta, ale już takiego zabazgranego w całości nie? Absurd

Sprawą udało mi się troszeczkę zainteresować Pozarządowe Centrum Dostępu do Informacji Publicznej do tego stopnia, że sami chcą mi napisać odwołanie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie. Jeszcze nie wiem czy skorzystam z pomocy jaką zaoferowali, ale sprawa w WSA wyląduje na pewno. Ja wiem, że w rejestrze brakuje części kluczowych dla zaspokojenia mojej ciekawości informacji, ale jeżeli zostawię sprawę w ten sposób to urzędnicy będą mieli pokusę by spróbować zbyć mnie kolejny raz. Gdzieś się będę musiał postawić i lepiej jak to będzie wcześniej niż później. Dodatkowo muszę też pokazać Pani Jezuit, że może mi rzucać kłody pod nogi, może mnie spowalniać, ale mnie nie zatrzyma tak w wypadku Stalowej Woli jak i w Wypadku Kolbuszowej. Sprawa będzie miała swój dalszy bieg o którym będę tutaj pisał.

Na koniec deser.
Na pierwszej stronie postanowienia podkreśliłem datę. Nie wiem czy to błąd, czy celowe działanie, a jeżeli celowe to co miało na celu, ale ktoś wyraźnie antydatował orzeczenie. Nie mogło ono zapaść przed 15-tym stycznia, bo przeglądałem akta i tam go zwyczajnie nie było. Z rozmów telefonicznych wynika, że 10-tego SKO było święcie przekonane, że UM Stalowa Wola nie przekazał akt tej sprawy. Co więcej pismo z postanowieniem dla mnie wyszło 17-tego co potwierdza tak stempel pocztowy jak i system śledzenia przesyłek Poczty Polskiej:
Czy pismo antydatowano ponieważ jakiś termin po stronie SKO na skutek omyłkowego wrzucenia sprawy do nieodpowiedniej teczki został przekroczony (czyli dla swojego bezpieczeństwa), czy może dlatego by nie odnosić się do mojego pisma z dnia 15-go stycznia. Sam nie wiem czy to błąd czy celowe działanie. Tak czy siak... ciąg dalszy nastąpi. Tym razem przed WSA w Rzeszowie.

wtorek, 28 stycznia 2014

Przyczyny umorzenia śledztwa...

Tym razem zająłem się sprawą mocno publiczną. Otóż pewnego razu, ktoś z sobie tylko znanych powodów postanowił wyrazić swoje poglądy na temat nacjonalizmu w dość nietypowy sposób. Otóż uznał on, że najtrafniej to co myśli odda wrzucając flagę do sedesu, cykając fotkę i umieszczając ją na facebooku z podpisem "Spuśćmy nacjonalizm tam gdzie jego miejsce". W tym wszystkim podpis zupełnie mnie nie interesuje zbulwersował mnie fakt, że ktoś wpadł na pomysł umieszczenia barw narodowych w sedesie. Sprawa odbiła się bardzo szeroko. Była ona relacjonowana przez TVP, Polskie Radio, Wirtualną Polskę, Wprost, a ja dowiedziałem się o tym z Wykopu. Tam też jeden z użytkowników zamieścił informację, że o sprawie powiadomił prokuraturę. Jakiś czas później na wykopie pojawiło się kolejne znalezisko w którym autor informuje o tym, że otrzymał pismo z informacją o umorzeniu sprawy. W komentarzach rozgorzała dyskusja na temat tego co można zrobić i czy coś można. Wykopowi prawnicy wskazywali, że osoba która zawiadamiała prokuraturę o popełnieniu przestępstwa nie ma statusu pokrzywdzonego, bo pokrzywdzonym w tym wypadku jest "Rzeczpospolita Polska". Co za tym idzie nie jest możliwe zaskarżenie postanowienia o umorzeniu ani nawet wgląd w akta sprawy który pozwoliłby na ustalenie jakimi przesłankami kierował się prokurator. Ja też nieco udzielałem się w dyskusji i zaproponowałem dostęp do informacji publicznej jako sposób na ustalenie owych przesłanek. Moje przypuszczenie potwierdził GuyFawkes i przytoczył wyrok WSA z poznania (sygn akt. IV SAB/Po 36/09) z dnia 7 października 2009 roku. Tak więc skoro można się dowiedzieć to wrodzona ciekawość nakazała mi skorzystanie z tego prawa. Wystosowałem więc do prokuratury w Lipnie maila następującej treści.
Działając na podstawie art. 61 Konstytucji RP w związku z art. 10 ustawy z dnia 6 września 2001 r o dostępie do informacji publicznej (Dz. U. z 2001 r. Nr 112) wnoszę o informacje publiczną w postaci odpowiedzi na pytania dotyczące postanowienia Prokuratora Rejonowego w Lipnie wydanego dnia 25 października 2013 roku (Sygn. akt Ds 750/13) o umorzeniu śledztwa w sprawie publicznego znieważenia flagi Państwowej RP przez zamieszczenie w sieci Internet przez użytkownika portalu społecznościowego Facebook o nazwie "Ananicz Kalewicz" zdjęcia flagi RP włożonej do sedesu i oznaczenie go komentarzem "Spuśćmy nacjonalizm tam gdzie jego miejsce!" w nieustalonym miejscu i czasie nie później niż do dnia 14.06.2013 roku tj czynu z art. 137 par. 1 K.K:
  1. Jakie przesłanki stały za decyzją o umorzeniu tego postępowania i jakie było jej uzasadnienie?
  2. Jakie czynności zostały podjęte w celu wykrycia sprawcy i jaki był skutek każdej z tych czynności?
Pragnę zaznaczyć iż zdaję sobie sprawę z tego iż co do zasady w zwykłych sprawach takie informacje nie stanowiłyby informacji publicznej. Jednak w tym konkretnym wypadku znieważono dobro publiczne jakim niewątpliwie są godło i flaga RP, a samo (publiczne) znieważenie jak i postanowienie o umorzeniu sprawy były przedmiotem szerokiej publicznej dyskusji. Pisały o tym media takie jak TVP, Onet, Wirtualna Polska, Wykop.pl. Dlatego w mojej ocenie w tym konkretnym wypadku informacja o przesłankach jakie stały za decyzją o umorzeniu tak szeroko dyskutowanej sprawy jest informacją publiczną. Samo postanowienie jest już prawomocne nic więc nie stoi na przeszkodzie odpowiedzi na powyższe pytania.
Maila wysłałem na szybko nie czytając wskazanego w komentarzu wyroku. Gdybym to robił dzisiaj pewnie mail wyglądałby nieco inaczej ponieważ w jego świetle każde umorzone postępowanie może być przedmiotem informacji publicznej. Sam wyrok nawet odwołuje się do postanowienia NSA z 2005 roku.
Sąd podziela pogląd wyrażony przez NSA w wyroku z dnia 8.02.2005 r. sygn. OSK 1113/04, a powołany przez Skarżącą, zgodnie którym "Akta postępowań karnych zakończonych umorzeniem postępowania, stanowią informację o działalności organów publicznych, a prokuratura mieści się w pojęciu organu władzy publicznej w rozumieniu art. 4 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (Dz. U. Nr 112, poz. 1198 ze zm.)"
Prokuratura nie czyniła problemów. W odpowiedzi wyjaśniono mi, że zapytano Facebooka w Irlandii o dane które pozwoliłby namierzyć użytkownika, ale tam odesłali do USA ponieważ to na terytorium USA znajdują się dane. Prokurator natomiast "z urzędu" uznał, że USA i tak nic nie udostępnią ze względu na swoją pierwszą poprawkę, więc nie ma co pytać i sprawę umorzył. Zresztą... co będę cytował. Poniżej pismo prokuratora.
Do umowy pomiędzy Rzeczpospolitą Polską, a Stanami Zjednoczonymi Ameryki też dotarłem ponieważ jest ona publikowana w ISAP. Czytamy w niej między innymi artykuł 3 ust 3,  że
Pomocy udziela się niezależenie od tego, czy czyn będący w Państwie wzywającym przedmiotem dochodzenia, postępowania karnego lub innego postępowania, którego dotyczy wniosek, stanowiłoby przestępstwo według prawa Państwa wezwanego.
Więc w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie by taki wniosek wystosować, otwarte pozostaje jednak pytanie co się dzieje i jak tamtejsze władze na takie wnioski reagują oraz czy w ogóle takie wnioski są wysyłane. W umowie czytamy, że są one przesyłane pomiędzy organami centralnymi którymi są Prokurator Generalny w USA i Prokurator Generalny/Minister Sprawiedliwości w Polsce. W związku z tym kolejne pismo wysłałem do Prokuratora Generalnego. Starałem się w nim ustalić czy wiedza, którą prokurator w Lipnie powziął "z urzędu" opisuje stan faktyczny czy też nie. Dlatego przeszukałem kodeks karny w poszukiwaniu wszystkich przepisów które tyczą się odpowiedzialności za słowa lub czyny które słowem nie są, ale pod wolność słowa mogą podpadać. Tak oto powstało pismo:
Działając na podstawie art. 61 Konstytucji RP w związku z art. 10 ustawy z dnia 6 września 2001 r o dostępie do informacji publicznej (Dz. U. z 2001 r. Nr 112) wnoszę o informacje publiczną w postaci odpowiedzi na pytania dotyczące stosowania zapisów umowy między Rzecząpospolitą Polską a Stanami Zjednoczonymi Ameryki o wzajemnej pomocy prawnej w sprawach karnych, sporządzonej dnia 10 lipca 1996 r.,
  1. Czy były w przeszłości wnioski o pomoc prawną, które były kierowane do Stanów Zjednoczonych Ameryki i miały na celu ustalenie danych użytkowników kont tamtejszych serwisów internetowych (takich jak Facebook, Twitter czy serwisach Google) popełniających przestępstwa polegające na publikacji treści stanowiącej zniewagę i wyczerpującej znamiona opisane w art 137.kk (w szczególności znieważenia godła, sztandaru, chorągwi, bandery flagi lub innego znaku państwowego) lub którego któregokolwiek z innych artykułów dot. zniewagi art 133, 135 par 2, 136 par 3 i 4, 212, 216, 226, 257, 261, 262, 347 lub 350 k.k. lub pomówienia tj art 212 k.k.?
  2. Czy wnioski te były realizowane ze skutkiem pozytywnym i pozwalającym na dalsze prowadzenie dochodzeń w celu ustalenia personaliów domniemanego sprawcy (tj autora publikacji)?
Dzisiaj otrzymałem odpowiedź która zdecydowanie mnie nie satysfakcjonuje gdyż nie daje odpowiedzi na żadne z moich pytań dotyczące zakresu stosowania umowy pomiędzy USA a Polską.
Tutaj pozwolę sobie na pewną małą dygresję. Zaskakuje mnie urzędnicze przywiązanie do papieru i nieumiejętne posługiwanie się ePUAPem oraz dokumentami elektronicznymi. Po pierwsze nie zażądali ode mnie potwierdzenia odbioru co każe mi przypuszczać, ze jeżeli będą stosowali się do KPA to za kilka dni otrzymam również wersję papierową. Po drugie samo pismo okazało się być PDFem z osadzonym skanem kartki papieru wcześniej wyplutej przez drukarkę, a w międzyczasie podpisanej długopisem przez Zastępcę Dyrektora Pana Piotra Wesołowskiego. Kilkukrotnie otrzymywałem już tego typu odpowiedzi i zastanawiam się czy w takim wypadku w sposób elektroniczny otrzymuję pismo stanowiące odpowiedź czy może jego kopię? Tak czy siak pełna treść przedstawia się następująco:

Jak widać sprawy nie ułatwiają. To pierwszy raz gdy mierzę się z ze sprawą która obiegła media. Może to jest ten raz gdy stoi za mną ważny interes społeczny? Uznałem, że warto spróbować. Dlatego wysłałem kolejny wniosek o informację publiczną tym razem sugerując, że wystarczy mi informacja zero-jedynkowa i podpierając się właśnie interesem społecznym. Trochę może przesadziłem z tą publikacją, bo jeżeli coś opublikuję, to pewnie będzie to albo tutaj, albo na wykopie. Z drugiej strony takie media jak TVN, TVP czy Polsat codziennie przeczesują wykop i może ktoś podchwyci. Zresztą, skoro sprawa tyle razy była "na głównej" i tyle razy licznik wyświetleń pokazywał dziesiątki tysięcy, to w sumie chyba jest to ważny interes społeczny... Mam też cichą nadzieję, że ktoś na korytarzu bąknie o sprawie Prokuratorowi Generalnemu co być może mogłoby doprowadzić do ponownego otwarcia akt tej sprawy. Tak czy siak pełna treść pisma przedstawia się następująco:
Działając na podstawie art. 61 Konstytucji RP w związku z art. 10 ustawy z dnia 6 września 2001 r o dostępie do informacji publicznej (Dz. U. z 2001 r. Nr 112) odnosząc się do Państwa odpowiedzi na mój wniosek o udostępnienie informacji publicznej z dnia 17 stycznia 2014 roku (sygn. pisma PG VII Ip/6/14) wnoszę u uściślenie informacji w nim zawartych.
  1. Według postanowień umowy między Rzecząpospolitą Polską a Stanami Zjednoczonymi Ameryki o wzajemnej pomocy prawnej w sprawach karnych, sporządzonej dnia 10 lipca 1996 r. wnioski o pomoc prawną są kierowane przez Prokuratora Generalnego/Ministra Sprawiedliwości do Prokuratora Generalnego po drugiej stronie. Zważywszy, że z jednej strony od czasu podpisania umowy sytuacja zmieniła się w tym zakresie, że funkcja Prokuratora Generalnego została oddzielona od funkcji Ministra Sprawiedliwości, a z drugiej umowa przewiduje możliwość delegacji tej kompetencji wnoszę o informację jaki organ w tym momencie (a właściwie w czasie pomiędzy czerwcem a październikiem 2013 roku) po stronie Rzeczpospolitej Polskiej jest kompetentny w zakresie kierowania wniosków o pomoc prawną do Stanów Zjednoczonych Ameryki?
  2. Gdyby jednak okazało się, że takie wnioski kierowane są z Prokuratury Generalnej (przez Prokuratora Generalnego), to celem uproszczenia realizacji niniejszego wniosku o informację publiczną pragnę nadmienić, iż wystarczy mi informacja zero-jedynkowa pozwalająca odpowiedzieć na pytanie czy zapis umowy mówiący, że pomoc prawna jest udzielana bez względu na to czy czyn jest przestępstwem w kraju do którego wniosek jest honorowany przez USA również w wypadku przestępstw, które na terytorium USA nie byłyby przestępstwami ze względu na tamtejszą pierwszą poprawkę do konstytucji?
Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że wniosek z Państwa punktu widzenia może wymagać przetworzenia informacji (choć w mojej ocenie nie musi) pragnę w tym miejscu wskazać szczególnie istotny interes społeczny którym się kieruję. W nieustalonym miejscu i czasie nie później niż do dnia 14.06.2013 użytkownik portalu Facebook o nazwie "Ananicz Kalewicz" zamieścił zdjęcie flagi RP włożonej do sedesu i oznaczył je komentarzem "Spuśćmy nacjonalizm tam gdzie jego miejsce!" czym dopuścił się czynu z art. 137 par. 1 K.K. Informacja ta obiegła wszelkiego typu media (TVP, TVN, Onet, Wirtualna Polska i inne) i wywołała publiczną burzliwą dyskusję oraz ogólne oburzenie z tego powodu. Na skutek zawiadomienia złożonego przez nieznanego mi z imienia i nazwiska obywatela prokurator rejonowy w Lipnie wszczął postępowanie w tym względzie mające na celu ustalenie sprawcy tego czynu (Sygn. akt Ds 750/13) jednak to postępowanie dnia 25 października 2013 roku zostało umorzone. Ponieważ w tym wypadku osoba która zawiadomiła prokuratora w myśl obowiązujących przepisów nie była w tej sprawie osobą pokrzywdzoną to nikomu nie przysługiwało zażalenie na to postanowienie i stało się ono prawomocne. Ta informacja również obiegła media i również i ona wywołała oburzenie jednak w tym wypadku skierowane pod adresem prokuratora. W trybie dostępu do informacji publicznej dowiedziałem się, że prokurator rejonowy w Lipnie w ramach tej sprawy skierował wniosek o pomoc prawną do firmy będącej operatorem portalu internetowego Facebook w Irlandii jednak w odpowiedzi strona irlandzka udzieliła informacji, że żądane dane znajdują się Stanach Zjednoczonych Ameryki i do tamtejszego Wymiaru Sprawiedliwości należałoby się zwrócić o pomoc prawna. Jednak prokurator nie podążył tym tropem gdyż jak zaznaczył w piśmie kierowanym pod moim adresem:
"Z urzędu wiadomo, że władze USA odmówiłyby realizacji wniosku o pomoc prawną w przedmiotowej sprawie powołując się na Pierwszą Poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki gwarantująca wolność wypowiedzi, dlatego też niecelowym było skierowanie takiego wniosku"
Ta odpowiedź również też odbiła się echem, choć niestety już tylko w mediach internetowych. By zweryfikować słowa prokuratora rejonowego w Lipnie wystosowałem niniejszy wniosek. Który ma za zadanie uzupełnić o brakujące informacje przygotowywaną przeze mnie publikację, która ma stanowić tak podsumowanie sprawy poszanowania symboli narodowych jak być może stanowić punkt wyjścia do dyskusji o niesymetrycznych charakterze umowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi Ameryki, a Rzeczpospolitą Polską oraz o potencjalnej bezkarności sprawców czynów zniewagi (art 133, 135 par 2, 136 par 3 i 4, 212, 216, 226, 257, 261, 262, 347 lub 350 k.k.) i pomówienia tj art (212 k.k.).
Zobaczymy czy uda mi się coś wskórać w tym zakresie i autentycznie jestem ciekaw czy w Polskie przepisy dot. zniewag i pomówień nie są nieco archaiczne.